Znów gorzkie żale

Chciałabym kochać… Ba… Chciałabym chociaż zaufać, przywiązać się. Chciałabym… Chciałabym wiele rzeczy, ale albo nie potrafię, albo nie mogę, bo… Bo? Bo nie wiem. Może dlatego, że kiedyś wszystko robiłam za bardzo, za mocno… I bolało także za bardzo. Izoluję się, uważam. Jak zaszczute zwierzę. Udaję silną, groźną, a naprawdę to sposób samoobrony z nadzieją, że nikt się nie zbliży. Z naiwnej, ufnej, szczerej stałam się podejrzliwa, ostrożna. „Królowa lodu”, „wymanierowana”… Przecież taka nie jestem. Chciałabym przestać udawać, uważać. Jest tak niewiele chwil, w których jestem sobą, nie myślę, po prostu czuję. Tak zmienił mnie świat. Co bym nie robiła dla kogoś, zawsze za mało, zawsze źle… A kiedy już spróbuję się przed kimś otworzyć, okazuje się, że był to zły adres. Mam dość zastanawiania się, kto ma dobre intencje, kto doceni moje starania. Unikam wszystkich. Zostaję sama i chociaż już się nie boję samotności, źle mi w niej. Ale ludzie są podli. Nawet najbliżsi potrafią wbić nóż w plecy. Każdy widzi tylko własne „ja”. Też tak muszę robić, ale ciężko mi wytrwać w egoizmie, gdy widzę, że ktoś potrzebuje pomocy, a ja mogę coś zrobić. Później jest mi przykro, bo mimo starań, okazuje się, że to i tak za mało. Nauczyłam się udawać przed ludźmi, że nie czuję, nie chcę, nie potrzebuję. Nie potrafię udawać tego przed sobą. Najchętniej wyjechałabym gdzieś daleko, odpoczęła od ludzi, wygoiła rany, których coraz więcej, nabrała siły i pewności siebie, która obecnie jest bliska zeru. Póki to niemożliwe, udaję, że niektóre sprawy mnie nie interesują, a wieczorami wypłakuję wszystkie żale w poduszkę i wypisuję na blogu, bo boję się z nich zwierzyć komukolwiek. I tak niewielu to obchodzi, a niektórzy wykorzystają z premedytacją. Kiedyś ucieknę od tego wszystkiego. Bolało będzie raz. A nie co chwilę z każdej strony jakiś cios. Dlatego nie mogę kochać, ufać i przywiązywać się. Raz na milion dobrze trafiłam. Nie mam już sił na kolejne porażki…

Tak na chwilę…

Dlaczego nad niektórymi sytuacjami nie należy się zastanawiać? Bo jeżeli coś jest na chwilę, to trzeba się tym cieszyć, a nie rozkładać na czynniki pierwsze. Hm… A może jeśli dotrze do nas, że to lada chwila się skończy, zrezygnujemy z tego od razu, chcąc uniknąć ewentualnych konsekwencji, nie chcąc tracić czasu i energii? A po co rezygnować z czegoś, co niesie ze sobą coś pozytywnego? Ważne, żeby się zbytnio nie przyzwyczaić, a już na pewno nie przywiązywać, bo kiedy to się skończy, pozostanie pustka, a pustki bywają bolesne. Nie jest to łatwe. Szczególnie dla osób, które nawet angażując się na moment, robią to w pełni, bo nie ma sensu robić czegoś tylko po części, tylko w połowie. Może to irracjonalne, ale trzeba zachowywać się tak, jakby miało to trwać wiecznie, jednocześnie pamiętając, że wcale tak nie będzie. To sprawia, że jest dobrze, i nadal będzie, pomimo wszystko.

Przyzwyczaiłam się. Czy za bardzo? To się okaże. Wiem, że jestem tylko na chwilę, bo taki czas, bo tak wyszło.

Nigdy nie mów zawsze…

Ponownie ogrom prywaty. Dlaczego tutaj? Nie dlatego, że nie potrafię być wprost szczera. Ten wpis jest pretekstem, żeby Cię tu zaprosić. Poza tym tylko tutaj jestem sobą. I przeczytasz, jeżeli będziesz chciał. Tu nie napiszę wprost i nie musisz czytać, ani odpowiadać. Będzie bardzo prawdziwie. Możesz przestać w tym miejscu, bo wiem, że nie wszystko, co będzie dalej może Ci się spodobać, a wiele może zmienić.
Wiedziałam, że prędzej czy później znów zagościsz w moim życiu. Nawet sobie wyobrażałam, jak każę Ci z niego wypieprzać, ale masz dobry bajer i wymiękłam. A może to nie bajer… Pewnie wypłynie niedługo wraz z natłokiem myśli. Pamiętasz, jak mi powiedziałeś „chyba się zakochałem”? I to wcale nie we mnie, mimo że tak długo czekałam, by to usłyszeć. Przebolałam, bo sama nie byłam pewna tego, co czułam. Wiesz jak się bałam, że kiedy Cię pierwszy raz pocałuję, poczuję te „motylki” i wtedy zacznie boleć? Ale nie wiem, czy ich nie było, czy po prostu tak bardzo nie chciałam ich czuć… Ale kiedy drugi raz mnie zostawiłeś… Niby nic wielkiego, a zmieniło mnie bardzo. Zaufanie nabrało większego, niemal sakralnego znaczenia, przyjaźń damsko-męska przestała istnieć, a ja… Ja wolę być sama, niż po raz kolejny cierpieć przez stratę kogoś, kto miał być na zawsze. Wiesz… Od tamtego czasu nikomu w pełni nie zaufałam. Mam tylko tych kilka aniołów, którzy weszli do mojego serca przed Tobą. Ich boję się stracić. Teraz nie potrafię wyzbyć się dystansu, świadomości, że każdy może w dowolnym momencie odejść. Wiesz, kiedy wkurzam się na Ciebie najbardziej? Kiedy tą postawą ranię naprawdę wspaniałych ludzi.
Jak zauważyłeś, wybaczyłam, ale choćbym się starała, nie potrafię zapomnieć. Do Ciebie też mam dystans… Czasami mam ochotę odpisać Ci coś takiego, żebyś wiedział… Ale to bez sensu i szczeniackie. Chciałeś, żeby było jak kiedyś. Tak do końca to niemożliwe. Już nigdy tak wariacko się w Tobie nie zakocham. Mam z góry określone granice. Nie chcę znów czekać na Ciebie. To było jak pogoń za bańką mydlaną. Już się wydawało, że chwycę ja w moje ręce, a ona znów uciekała z podmuchem wiatru. Raz była bliżej, raz dalej, aż w końcu pękła… Ty masz swoje życie tam, ja tutaj. Nie będę znów ganiać za bańką, bo w tej pogoni mogę przeoczyć coś, co los dla mnie ma. A marzenia dzielę na te realne, wątpliwe i nierealne. I chociaż moje serce ma dużą siłę głosu, kieruje rozum. Ostrożność? Strach? Interpretuj, jak chcesz.
Mimo wszystko, chcę Ci podziękować. Pisałam o tym w którymś wpisie na początku ubiegłego roku. To dzięki Tobie poznałam siebie, narodziłam się. Poruszyłeś struny, których nikt wcześniej nie dotykał. Głównie dzięki temu jest ten wpis i możesz go czytać. To zadecydowało o moim zaufaniu do Ciebie. Byłeś moim mentorem. Nikt nie jest idealny, ale każdy ma swój ideał. Dla mnie byłeś nim Ty. Wiem, że piszę w czasie przeszłym, ale ciężko podziwiać kogoś, do kogo ma się żal. Nie o Twój wybór, nie o to, że ratowałeś swój związek, a o to, że tyle czasu pozwoliłeś mi myśleć, że jestem dla Ciebie nikim, a podobno byłam taka ważna. Nie dziw się więc, że dziś trudno mi w to uwierzyć, że trudno uwierzyć mi w to, że po raz kolejny nie znikniesz. Przecież wystarczy chwila nieuwagi, jak wtedy… Ludzie znikają z mojego życia z dnia na dzień i staram się być na to przygotowana. Na Twoje odejście też. Nasze drogi na pewno jeszcze nie raz się spotkają, ale nigdy na stałe. Wiem, co sądzisz o słowie nigdy, jednak dla mnie ono jest bardziej pewne niż słowo „zawsze”.
Pewnie coś pominęłam, o czymś zapomniałam… Ale w końcu wyrzuciłam z siebie coś, co gnębiło mnie długi czas. Starałam się nie być „sukowata” jak mam to w zwyczaju. Tak czy inaczej i tak doczytałeś do końca. Mam rację? Jesteś teraz bogatszy w wiedzę. Wykorzystaj ją mądrze.

Tak z serca…

Ze strachu przed zranieniem, sami ranimy…

Chciałabym móc powiedzieć „Ej, wiesz, kocham Cię, ale się boję, że nie wyjdzie, że będzie bolało”. Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, żeby spróbować, żeby pokochać i zaufać. Zamiast tego udaję niezależną, silną. Ech… A czasami brak mi zwykłego przytulenia i żeby ktoś powiedział „Damy radę”. Zamiast tego szczelnie otulam się kołdrą i powtarzam sobie, że dam radę, a łzy strumieniami spływają po policzkach. Tu nawet nie chodzi o to, że zmarnuję czas, że zatoczę koło, by znaleźć się w tym samym miejscu. Od zawsze kieruje mną, jak ktoś to ładnie ujął, „strach przed odrzuceniem”. Dlatego boję się otworzyć, mówić o uczuciach czy nawet prosić o pomoc. Sama siebie już na starcie stawiam na pozycji przegranej. Z miejsca zakładam porażkę i poddaję się, wycofuję. Nie umiem walczyć o swoje. Nie umiem podjąć decyzji. Zawsze pozostawiam ją komuś. Milczę, choć czasami chciałabym tyle powiedzieć. Stałam się mistrzynią udawania. Udaję, że nie czuję, nie potrzebuję, że wszystko jest w porządku. Cały czas powtarzam sobie „kiedyś”. Ale zanim nadejdzie to „kiedyś” zmarnuję wiele szans, które już nie powrócą. Ja to wiem doskonale, jednak strach wygrywa nawet z rozumem. Wobec ilu ludzi choćby w tym momencie jestem nie fair, nawet ja sama nie policzę. Kiedyś… Kiedyś to ja pożałuję swoich decyzji z teraz. I nie umiem temu zapobiec. Nie umiem, choć bardzo bym chciała.

Dawno, nawet tutaj, nie padło tyle szczerych słów prosto z serca. Ale może ten wpis, słowa, które z siebie wyrzuciłam, uświadomią mi rozmiar błędu. Może jak przeczytam, dotrze do mnie jak żałosną istotą jestem i ambitnie postaram się to zmienić. A jeśli nie? Dalej będę żyła w swoim świecie, pisała smętne teksty na blogu i raniła ludzi, na których mi zależy…

Tylko w moim świecie…

Mam mały wielki problem… Uświadomiłam sobie, jak bardzo odizolowałam się od ludzi. Zamknęłam się w swoim małym świecie. Nawet wiem dlaczego i to jest właśnie ten problem. Ja się zwyczajnie boję ludzi… Boję się, nie lubię ich. Sama skazuję się na samotność, która tak mi przeszkadza, tak boli… Przez całe życie doświadczyłam zbyt wiele krzywd i rozczarowań. To chyba tego boję się najbardziej i dlatego nie lubię ludzi, choć jednocześnie tęsknię za ich towarzystwem. Odsuwam od siebie każdego, by się nie przywiązać i nie cierpieć, gdy ten ktoś odchodzi. Czasami chciałabym wyjść z tej mojej skorupy, nawet coś robię w tym kierunku i nagle BAM! Po raz kolejny dostaję po głowie.
Wyobrażam sobie moją przyszłość. Rozmawiam z komputerem, piję z własnym odbiciem w lustrze, śpię z pluszowym misiem i sypiam z wibratorem. Przerażająca wizja. Nie chcę tak. I kiedy biorę się w garść, by naprawić swoją przyszłość, wydarzy się coś, co skutecznie niszczy moją siłę i optymizm, a wizja przyszłości staje się mniej przerażająca. Nie mam ochoty ufać ludziom, nie mam ochoty się przed nimi otwierać, nawet gadać mi się z nimi nie chce. Zamykam swój mały świat na klucz. Przeżyję dzięki osobom, które już w nim są. Reszcie mówię „Dziękuję. Do widzenia”. I niech już tak zostanie. Nie chcę się już przyzwyczajać, przywiązywać. Już nigdy nie zrobię z siebie idiotki. Wiem, że ja też pewnie zawiodłam wielu ludzi. Tego też chcę uniknąć. Samotność ma też swoją mniej bolesną wersję, bo najgorzej jest być samotnym wśród ludzi.

Każdy z nas ma w sobie dziecko…

W chwilach refleksji często powtarzam sobie „Matko, ale ja jestem durna”. Głęboka myśl… Mówi się, że głupota jest domeną młodego wieku. Z każdym rokiem przekonuję się, jak mało w tym prawdy. Fakt, często jest tak, że nie powielamy części naszych błędów i bardziej przykładamy uwagę do norm i zasad ogólnie przyjętych, ale to nie czyni nas absolutnie mądrymi. Poznając życie, uczymy się bardziej przewidywać konsekwencje naszych czynów, uczymy się odpowiedzialności. „Mądrość przychodzi z wiekiem”- może to i prawda, ale czy umiemy wykorzystać tą mądrość? Jestem dorosła, jestem w pewnym stopniu dojrzała, ale nadal gdzieś w środku mam w sobie małe, naiwne, głupiutkie dziecko. I nie chcę się go wyzbywać. To ono prowokuje mnie do większości nieodpowiedzialnych rzeczy, ale właśnie one wywołują we mnie największą radość. Nie jestem jakąś gówniarą. Na co dzień dla ludzi jestem dorosła. Dorosła niemal do bólu. Na szczęście mam przyjaciół, dzięki którym do końca nie dorosnę. Cudownie jest czasami pohuśtać się na huśtawce, czy powłóczyć nocą bez celu. Przestać udawać, przejmować się, po prostu się śmiać. Każdy z nas ma w sobie dziecko, ale nie każdy potrafi je uwolnić, tak jak nie każdy potrafi je okiełznać. Każda chwila dziecinnej beztroski pomaga nam przetrwać pustkę dorosłości. Nie zatracę w sobie dziecka, nigdy nie dorosnę. I niech gadają. Moje życie, moje wybory, nikomu krzywdy nie robię. Współczuję ludziom, którzy zapomnieli o byciu dzieckiem. Jak smutne musi być ich życie? A oni sami przepełnieni goryczą wylewaną na innych… Bądźmy dziećmi. Niech nasze oczy czasami zapłoną ufnością, radością, ciekawością świata. Bądźmy dziećmi i jak one cieszmy się życiem. Bądźmy dziećmi, bo tylko one kochają prawdziwą, czystą miłością.

Czy przyzwyczajenie jest złe?

Dziwne pytanie. Z resztą jak większość zadawanych przeze mnie pytań. Na początek należy odpowiedzieć, czym jest przyzwyczajenie, z czym się wiąże i jakie niesie za sobą konsekwencje. Moim zdaniem jest to po prostu stan umysłu. Przyzwyczajamy się do sytuacji, miejsc, rzeczy, ludzi, czyli akceptujemy je, poniekąd się z nimi zgadzamy, czasami nawet nieświadomie. To tak jak z porami roku- przyzwyczajeni jesteśmy, że po zimie nadchodzi wiosna. Z przyzwyczajenia ludzie, pierwsze co robią po przebudzeniu, to sprawdzają telefon. A co jeśli telefon się zepsuje? Nic. Odzwyczajają się. Do wszystkiego można przywyknąć i odzwyczaić się, bo jeśli to stan umysłu, to wszystko można sobie logicznie wytłumaczyć.
Do jednych rzeczy łatwiej nam się przyzwyczaić, przy innych idzie nam to opornie. To tak jak zmiana auta z manualną skrzynią biegów na automat. Jedni ludzie jeszcze długo szukają drążka wciskając nieistniejące sprzęgło, inni od razu przyzwyczajają się do innego stylu jazdy.
Trochę bardziej skomplikowane jest przyzwyczajenie się do ludzi, bo nie da się porównać przyzwyczajenia do tej samej ekspedientki w sklepie z sąsiadką, z którą codziennie wypijamy kawę plotkując. Jednak czy zmienią ekspedientkę, czy sąsiadka się wyprowadzi, staniemy przed nową sytuacją, nową osobą, do której się przyzwyczaimy, odzwyczajając od poprzedniej. W sumie sama nie wiem, czy bardziej przyzwyczajamy się do ludzi, czy sytuacji z nimi związanymi, ale im więcej dobrego dostajemy od danego człowieka, tym gorzej się później odzwyczaić, ale zawsze się uda, bo z logicznego punktu widzenia, nic nie trwa wiecznie.
Należy pamiętać również, że przyzwyczajenie od przywiązania dzieli cienka granica. Czym jest przywiązanie? Czymś więcej niż stanem umysłu. Tutaj już powstaje więź uczuciowa. Prosty przykład- dom rodzinny. Mimo że wszystkie logiczne tłumaczenia wskazują,że najlepszym wyjściem jest go sprzedać, serce nie pozwala. Tyle wspomnień, miejsc, tęsknota, nostalgia. Ciężko jest nam się przyzwyczaić, że to nie będzie już nasz dom. Przywiązanie sprawia, że czasami tak się zasupłamy, że gdy próbujemy zerwać więzy, cholernie cierpimy.
Przyzwyczajenie nie jest złe. Jego najgorszą wadą jest to, że prowadzi do rutyny i nudy. Trzeba tylko ciągle uważać, by nie przerodziło się w przywiązanie, bo nie wolno bać się stracić coś, co i tak prędzej czy później stracimy. Nie wolno przywiązać się do czegoś, co z góry wiadomo, nie będzie trwało wiecznie.

Wierz, kochaj, walcz!

Czasami mamy wrażenie, że wszystko nas przerasta, że pomimo szczerych chęci i tak nie damy rady. Problemy, bezsilność, zawód przygniatają nas, aż czasami brakuje nam powietrza i nawet płacz nie przynosi ukojenia. Chcielibyśmy wtedy zniknąć, uciec nawet od życia. Wydaje nam się, że jest tylko jedno wyjście pozwalające nam pozbyć się ciężaru.

Jednak przecież nie tego chcemy. Tak naprawdę nie jesteśmy słabymi tchórzami. Póki żyjemy, jesteśmy w stania naprawić wszystko, wszystko ułożyć, zmienić. Każdy ma w swoim życiu przynajmniej jedną osobę, która się o niego martwi, gotowa pomóc, jest przy nim, pomimo wszystkich wad, choćby cały świat się odwrócił. Czasami pogrążeni we własnej goryczy nie zauważamy jej, a ona trwa przy nas, czeka. Wystarczy chwilę pomyśleć, zastanowić się, by odnaleźć naszego przyjaciela. Nigdy nie jesteśmy sami na tym świecie i zawsze znajdzie się jakaś pomocna dłoń, przyjaciel. Sensem naszego życia są też marzenia. Nie bójmy się po nie sięgać, walczyć o nie, nie rezygnujmy z nich. Nie ważne, czy spełnimy je dziś, za tydzień, miesiąc czy kilka lat. Prędzej czy później nasz wysiłek i cierpliwość opłacą się. Nie ważne jak wysoko mierzymy, wszystko możemy osiągnąć, gdy mocno będziemy w to wierzyć. Czasami wystarczy jedno zdanie, by poczuć szczęście. Przestańmy się bać, ryzykujmy, walczmy w kierunku marzeń. Dopóki serce bije, możemy wszystko.

Zwariuję…

Ciężko… Jedno zdanie i noc nieprzespana z powodu galopujących myśli. I nadal nie wiem, czy czegoś nie dostrzegam, czy doszukuję się czegoś, czego nie ma… Nie zapytałam. Udałam zimną sukę i… chyba zraniłam. Wszystko moja wina, bo gdybym na samym początku nie zabroniła, teraz nie musiałabym się zastanawiać, czy „nie” jest prawdziwe, czy udawane z powodu danego słowa. Wiedziałabym, gdzie jest „tutaj”… A może niepotrzebnie się dręczę, bo „tutaj” wcale nie miało jakiegoś głębszego znaczenia. Nie mam pojęcia. Irytuje mnie ta dwuznaczność. Irytuje mnie mój strach i brak pewności siebie. Niby tak łatwo zapytać… Ale nie ja… Ja wolę tonąć w domysłach. „Tym razem bez słabości…” Nie potrafię. I cholernie chciałabym się dowiedzieć, gdzie jest „tutaj”.

Najmocniej…

Za dużo mnie tu ostatnio, ale dzisiaj Was zaskoczę. Wpis będzie POZYTYWNY. Nie ważne, że zgubiłam klucze od domu i pewnie będzie prelekcja i wydatek. Stało się, a świat nadal trwa. Właśnie z takim dystansem powinnam traktować więcej sytuacji.
Wzięłam się trochę w garść, jakiś tam plan powstaje w mojej głowie i nie zawracam sobie jej za bardzo mniej istotnymi aspektami. Dzisiaj się skupię na ludziach, rzeczach i wydarzeniach, które dodają mi sił.
To nie jest tak, że jestem całkowicie osamotniona. Tak bardzo skupiłam się na sobie i nieszczęściu, że nie zwracałam uwagi na tych, którzy są i trwają przy mnie, pomimo wszystkich moich wad.
W pierwszej kolejności są Ci, za których życie oddam- moje dwa roztrzepane chłopaki. Małe łapki oplecione wokół szyi, głośne piski radości, maleńki wolny skrawek łóżka… Tu czuję się potrzebna, kochana i spełniona. Pierwszy ząbek, pierwszy krok, pierwsza samodzielnie przygotowana kanapka, kolejna świeczka na torcie- moje największe powody do dumy. Największy skarb, najprawdziwsza miłość.
Mam też przyjaciół. Pytanie: jak ktoś może ze mną wytrzymać? Jak widać może. Obecnie przyjaźń dla mnie to nie tylko szczerość i zaufanie. Przyjaźń to też bezinteresowność, taki bezpieczniejszy rodzaj miłości, bo kocham moich przyjaciół. Ich grono to taka moja druga rodzina. Nieważne, jak daleko są, bo w dzisiejszych czasach odległość nie ma większego znaczenia. Bez większych problemów możemy sobie przesłać wsparcie, wiarę i dodać sił, będąc nawet na innym kontynencie.
Bardzo późny wieczór, dzwoni przyjaciel. Pierwsza myśl, coś się stało, bo godzina. Tak, stało się- stęsknił się i dzwonił, by mi to powiedzieć, zapytać, co u mnie. Tak szczerze i bezinteresownie. Takie sytuacje odbudowują wiarę. Wiarę w siebie i w drugiego człowieka. Każda osoba z tej garstki ludzi, dla których jestem ważna, potrafi wywołać uśmiech, czegoś mnie uczy, wiele mi daje. Nie interesuje ich kim jestem, jaka jestem, ale to że po prostu jestem. Nieważne, że robię coś, co im się nie podoba, bo i tak będą mnie kochać. To są ich słowa. Słowa moich cichych aniołów, dzięki którym mam siłę wstawać i walczyć. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna. Dziękuję, że jesteś.