Znów dół…

Uff… Znów nadszedł dzień, gdy tabliczka czekolady, mocna kawa i paczka papierosów nie przynoszą ulgi. Snuję się po mieszkaniu myśląc nad tym, co było, a co jest. Porównując, jak będzie z tym, jak chciałabym, żeby było. Zastanawiam się, co szybciej mi od tego pęknie: głowa czy serce. Wiem, znów użalam się nad sobą, ale co jakiś czas muszę, inaczej nie dam rady udawać twardej, radosnej… Stoję w miejscu już tak długo. Czasami próbuję coś z tym zrobić, jednak porównać to mogę to bezowocnej szamotaniny ryby złapanej w sieć. Beznadzieja… Dobrze, że mam dla kogo wstawać z łóżka, bo inaczej nie chciałabym widzieć światła dziennego. No, przynajmniej w takie dni, jak dzisiejszy. Dawno nie płakałam. Dziś muszę to chyba nadrobić, pozbyć się emocji zalegających w duszy.
Stać mnie na więcej. Wiem, że mogę, potrafię, ale nie umiem odnaleźć najmniejszego punktu zaczepienia. Czasami mam ochotę zrezygnować z marzeń, postanowień, ambicji i iść po najmniejszej linii oporu, jednak czy warto? Jestem zmęczona, zrezygnowana, zła. Mam ochotę krzyczeć. Wykrzyczeć całą frustrację, ból i strach. Albo uciec. Daleko. Zaszyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna, odciąć się od świata i być sobą. Chociaż czy bez świata nadal będę sobą? Głupie… W mojej głowie jest jeszcze gorzej. Są ludzie, miejsca, sytuacje. Nie, nie są źli. To bardziej ja. Ile osób zraniłam, odepchnęłam, zignorowałam. Nie zdziwię się, jak koniec końców zostanę sama. Ja i moje ego… Powoli się gubię w tym, jaka jestem i jaka chcę być.
Ten wpis miał mi rozjaśnić myśli, a tylko je bardziej pogmatwał… Heh… Mam nadzieję, że poranek i nowy dzień przyniosą nowe nastawienie i siłę.

Byle przetrwać…

Nie było mnie prawie rok… Rok pełen zmian, nowych doświadczeń, złych i dobrych momentów. Przez ten czas drugi raz w całym swoim życiu poczułam pełnię szczęścia. Dwa moje największe szczęścia, bez których by mnie nie było… I co w związku z tym? Hm… Znów siedzę przed monitorem z poczuciem, że cały świat z hukiem runął mi na barki, a łzy rozmazują słowa, które muszę z siebie wyrzucić. Chyba już spadłam na samo dno i nie mam sił, by się od niego odbić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak żałośnie. Heh… Blogi są po to, by je ktoś czytał, a ja na ironię piszę o swoich problemach, które i tak niewielu obchodzą. Jednak takiego bloga łatwiej ukryć niż zeszyt pełen własnych uczuć. Nie potrafię obarczyć kogoś moimi problemami, więc zakładam maskę i gram. Każdego dnia. Udaję, a w środku wszystko we mnie boleśnie płacze. Dlaczego? Stchórzyłam… Los postawił mnie przed ciężkim wyborem. Wybrałam jedno, choć wiedziałam jak będzie. Wybrałam to, bo bałam się nowości. Bałam się, że sobie nie poradzę, nie odnajdę się w nowej sytuacji… Zapomniałam wtedy o życiowej prawdzie, mówiącej „licz na siebie”. Uwierzyłam, że będzie inaczej, lepiej… Niczego się nie nauczyłam przez całe życie. Wiem, że muszę to zmienić. Wiem, że muszę zacząć żyć, nie egzystować, lecz spaliłam wszystkie mosty. Zburzyłam fundament, który udało mi się wybudować. Szukam jakiegoś punktu zaczepienia, ale ostrożniej, rozważniej. Przepełnia mnie milion obaw, które tłamszą marzenia. Wszystko odkładam na „później”. Siebie odkładam na „później”, żeby nie skrzywdzić przypadkiem tych istot, które kocham. Mam nadzieję, że dzięki temu, iż będę mogła tu oczyścić duszę i umysł, jakoś wszystkiemu podołam…

Znowu gorszy dzień…

I nawet gdy pozornie wszystko jest dobrze i niby osiągnęłam pewien stopień psychicznej stabilizacji, trafiają się momenty, kiedy dopada mnie bezradność i poczucie osamotnienia. Mam ochotę wtedy zakopać się w pościeli i niczym nie interesować. Jednak zdaję sobie sprawę, że użalanie się nad sobą w niczym mi nie pomoże. Zmuszam się wtedy do jeszcze intensywniejszego myślenia. Już nie proszę o pomoc, radę, poprawę humoru. Nie skarżę się. W pewnym sensie to też jakiś postęp w kierunku samodzielności, więc może wbrew pozorom wcale nie stoję w miejscu…

Zastanawiam się czasami, czy przypadkiem nie postawiłam sobie zbyt ambitnych celów, czy aby na pewno postępuję mądrze i słusznie. Mój upór plus niesprzyjająca sytuacja bieżąca powoli wzbudzają we mnie desperację. Ta bardzo chcę osiągnąć swoje założnia, dać radę i śmiać się beztrosko. A może jednak to nie desperacja… Może właśnie potrzeba tutaj radykalnych kroków??? Myślę, że jeżeli środki, które wybrałam, nie zdadzą egzaminu, posunę się jednak ten krok dalej, ponieważ nie wiem jak długo jeszcze dam radę. Zmiany są mi potrzebne. I tyo im szybciej tym lepiej…

 

 

 

W poszukiwaniu siebie… wstęp

Dzisiaj będą dwa wpisy o dwóch różnych tematach, które jednak mają swój wspólny czynnik- mnie… Egoistyczne? Hm… Może. Tak szczerze to mój blog jest najbardziej egoistyczną częścią mojego życia. Tylko tutaj stawiam siebie w centrum i nie mam przy tym najmniejszych wyrzutów sumienia. Jednak wracając do tego, co chcę napisać, a co brutalnie przerwał mi mój nieustannie galopujący tok myśli, dzisiejsze wpisy pokażą złożoność mojej osobowości. Heh… A może wręcz przeciwnie? Udowodnią, jak wiele jest we mnie sprzeczności i braku jakiejkolwiek logiki? Nie wiem. Sama tak naprawdę nie mam pojęcia, jak będzie wyglądał efekt końcowy, ponieważ nawet nie wiem od czego mam zacząć…

I takim to sposobem okazało się, że będą trzy wpisy. Ten nazwijmy wstępem.

 

 

 

Dawno mnie nie było…

Tytuł odnosi sie nie tyle do mojej obecności na blogu, co do mojego życia… Uświadomiłam sobie ostatnio, że nie jestem sobą taką, jaką byłam jeszcze kilka lat temu. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że nie jest mi wcale z tym dobrze. Próbowałam dotrzeć do tego, kiedy i jak sie to stało, jednak bezskutecznie. Nie wiem, gdzie się podziałam, ale pragnę się odnaleźć. Wiem, że w środku siedzi ta wesoła, zaradna i szalona dziewczyna. Wiem, bo momentami sie odzywa, ale zwykła szara rzeczywistość ją tłamsi. Chcę znów być sobą, bo wtedy  życie będzie piękniejsze. Muszę wszystko ułożyć tak, że gdy znów ktoś rzuci jakimś irracjonalnym pomysłem, ja będę mogła powiedzieć tak! Chcę pozbyć się z serca tej tęsknoty za czymś bliżej nieokreślonym, chcę przestać bać się ludzi i przywiązywania do nich. Teraz mogłabym się porównać do zaszczutego zwierzęcia i jest mi przez to strasznie wstyd… Wstydzę się tego, kim się stałam.

A… W ostatnim czasie dotarło też do mnie, że nie umiem prosić. Nie potrafię poprosić nawet o pomoc, rozmowę, co jest bezsensowne, biorąc pod uwagę fakt, że sama nie potrafię odmówić tej pomocy. Wysłucham, porozmawiam, doradzę, pomogę, a sama wszystko w sobie duszę albo wylewam swe żale tutaj. Moją wadą było to, że za szybko przywiązywałam się do ludzi i obdarzałam ich zaufaniem. Teraz staram się tego nie robić. Nie jestem jakoś specjalnie odpychająca, ale w pewnym stopniu i nie wykazuję zainteresowania drugim człowiekiem, chociaż w środku wszystko krzyczy, że powinnam. Nadmierna ostrożność… A wszystko to sprawia, że ludzie, którzy może są mi przychylni tak naprawdę, którzy może akurat są szczerzy, odsuwają się ode mnie, myśląc, że są niepotrzebni. I moja bliżej nieokreślona tęsknota przybiera na sile.

Może jednak warto wyciągnąć rękę jako pierwsza? Ale nie chcę się narzucać. Przez sytuację, w jakiej się znajduję, ludziom po prostu czasami może brknąć cierpliwości, a ja nie chcę jej im dodatkowo nadwyrężać. Dlatego czekam w tym okropnym poczuciu pustki i samotności aż ktoś sobie o mnie przypomni.

Wiem, że muszę zrobić coś, zmienić, ale wszystko jakby się sprzysięgło przeciwko mnie, a czasami po prostu brakuje sił do walki. Nie pogodzę się z rzeczywistością, ale brak mi pewności, że dam radę ją zmienić…

 

 

 

 

 

 

 

 

Głowa do góry! Cycki do przodu!

Wiecie? Dzisiaj doszłam do wniosku, że bez względu na wszystko, kocham to pokręcone życie. Przeżyłam wiele chwil tych dobrych i złych, a będzie ich w moim życiu jeszcze więcej. Nie tylko od nas zależy, których momentów będzie więcej, ale tylko my mamy wpływ na to, które zdominują nasze życie. Po prostu trzeba szybko podnosić sie po porażkach i długo rozkoszować się małymi szczęściami. Będę cieszyć się z tego co mam, dążyć do tego, czego pragnę i szybko rozwiązywać problemy. Są w moim życiu ludzie ważni, których kocham na różne sposoby, ale kocham, choć czasami nie potrafie tego powiedzieć czy okazać, a zapomniałam, jak ważna jest świadomość bycia potrzebnym, tolerowanym. Przez zmartwienia i problemy stałam się zbyt wielką egoistką, zajętą tylko sobą i swoimi sprawami. Czas na poprawę. Nie jestem pępkiem świata!

Skoro próbuję coś zmienić i się nie da, muszę zmienić siebie. Niedługo zgorzknieje tutaj i tyle będzie. Życie mam jedno i muszę się nim cieszyć. Tak jak kiedyś. Zawęziłam swoje horyzonty. Czas najwyższy poszerzyć ich granice. I zabieram się za to od razu. Nie będę marnować czasu, który ucieka nieubłaganie.

I będę szczęśliwa, choćbym miała sobie to szczęście narysować… (Wiem, ściągnięte z neta :P)

 

 

 

Będę sobą

To się porobiło! Po raz kolejny wyszłam na naiwną desperatkę :( Na szcęście sama przed sobą. Tak czy inaczej jestem na siebie wściekła. Jak można być tak głupim? Zachowuję się jak małolata, jakbym miała 15 lat! Ale nic to. Najważniejsze, że sobie to uświadomiłam i postaram się to zmienić, zanim ośmieszę się w cudzych oczach. Oznacza to, że znów będę musiała udawać. Założę uśmiechniętą maskę dziewczyny, której jest dobrze tak, jak jest. Nie ważne, że od środka będzie mnie rozdzierać. Nie przyznam się, a z czasem wszystko minie. Nauczę się z tym żyć. Czy to oznacza życie w kłamstwie? Hm… Wydaje mi się, że nie do końca, bo w sercu zawsze będzie tkwić prawda. W sercu, którego przed nikim już nie otworzę. No… Przed Wami. Tutaj.

Tutaj mogę być sobą, ponieważ jestem anonimowa. Kolejna nieszczęśliwa osoba zaśmiecająca sieć ckliwymi opowiastkami. Jednak to mi pasuje, ponieważ nie obarczam nikogo moimi problemami, nie muszę prosić, żeby ktoś mnie wysłuchał, nie zawracam nikomu głowy na przymus. Jeśli to czytacie, to dlatego, że chcecie. Jeżeli nie doczytacie do końca lub olejecie temat, nie będzie mi przykro, gdyż Wy też jesteście anonimowi. Dlaczego w takim razie piszę? Lubię pisać. Poza tym każdy wpis powstaje z nadmiaru myśli. Pisząc, układam sobie wszystko w głowie. Czytając później zdanie po zdaniu, znajduję wyjście z sytuacji, rozwiązanie.

Blog nie zastąpi przyjaciela, ale ułatwi życie…

 

 

 

 

 

 

…na maleńkiej stacyjce przyjaźni…

Ostatnia sytuacja uświadomiła mi, że życie często bywa jak podróż. Aby ruszyć z miejsca, najpierw planujemy, wybieramy datę i godzinę, a następnie udajemy się na stację czekając na pociąg. Pociąg, który ma nas zawieźć do miejsca, gdzie chcemy osiągnąć wyznaczone przez nas cele. Wyczekujemy go przepełnieni nadzieją i radością. W głowie wirują nam setki myśli i wizji przyszłości. Wybija godzina odjazdu, a pociąg nie nadjeżdża… Z megafonu rozlega się krótki komunikat, że nasz pociąg ku szczęściu będzie opóźniony. Czasami w życiu tak bywa, że z przyczyn nie zależnych od nas, musimy przełożyć nasze plany, troszkę poczekać, więc czekamy z nadzieją, że za chwilę, lada moment nadejdzie nasz czas. Czekamy podekscytowani, zniecierpliwieni i wciąż pełni zapału i optymizmu. Mijają kolejne minuty opóźnienia, rośnie poirytowanie, że już powinniśmy być w drodze do lepszego jutra. Pocieszamy się myślą, że lepiej późno niż wcale…

Właśnie jestem w takiej sytuacji i boję się, że z megafonu popłynie komunikat, iż z przyczyn technicznych mój pociąg zostanie odwołany, a ja zostanę tu, gdzie jestem i będę musiała pożegnać się z marzeniami… Czekam na opóźniony pociąg ślepo wierząc, że nadjedzie. A jeśli nie? Jeśli zostanie odwołany? Zawsze mogę jechać następnym, ale bardzo zależy mi na tym… Dlaczego? Ponieważ tak sobie zaplanowałam tą podróż. Pojadę właśnie tym pociągiem dokładnie w to miejsce i o tym czasie. Zmienił się czas. Trudno. To tylko jeden czynnik. Jednak, gdy dopuszczam do siebie myśl, że on może nie przyjechać, zastanawiam się czy nie zabrać bagaży i nie wyruszyć w tę podróż pieszo… Wiem, że będzie ciężej, gorzej, smutniej, dłużej, ale prędzej czy później osiągnę swój cel. A przynajmniej tak mi się wydaje. Zrezygnuję z czegoś, może coś dołożę… Jednak w sercu na zawsze pozostanie żal, że ten pociąg nie przyjechał. Zawodzą nie tylko maszyny, ale także ludzie. Nikt nie jest doskonały. Nie wiadomo, co się wydarzy podczas tego opóźnienia…

Chcę w końcu ruszyć z miejsca, nie wybierać tylko krótkich podróży, z których wracam co jakiś czas. Te powroty są bolesną porażką, a ja chce w końcu choć raz wygrac z losem… Jednak jeszcze siedzę na tym peronie i czekam, bo w sercu tli sie nadzieja, że ten wyjątkowy pociąg przyjedzie…

 

 

10 FAKTÓW O MNIE :D

Aby przybliżyć Wam (moim ewentualnym odbiorcom) moją postać, postanowiłam ujawnić 10 najważniejszych faktów o mojej skromnej osobie :)

Fakt 1. Kocham mojego syna!!!
Zawsze jest on na pierwszym miejscu w moim życiu, myślach i sercu. :)

Fakt 2. Do wszystkiego podchodzę z dystansem.
Nie ma sensu nadmiernie się czymś przejmować.

Fakt 3. Jestem zbyt ufna i naiwna. :(
Wolę sama cierpieć, niż bezpodstawnie osądzić innego człowieka.

Fakt 4. Nienawidzę kłamstwa…
Zbyt ciężko odzyskać stracone zaufanie…

Fakt 5. Uwielbiam gotować :D
Zwłaszcza gdy mam dla kogo ;)

Fakt 6. Nie umiałabym żyć bez moich przyjaciół.
Doceniam to, że są i ja będę dla nich zawsze :)

Fakt 7. Muzyka i taniec są tym, co mnie odpręża.
Każdy sposób przecież jest dobry :D

Fakt 8. Mam wstręt do materialistów…
Pieniądze są środkiem, nie celem!

Fakt 9. Jestem uzależniona od kofeiny i nikotyny…
Wiem… Wiem… Nie ładnie… :P

Fakt 10. Właśnie zaczęłam układać swoje życie od nowa…
Jednak z marnym skutkiem :(

Może kiedyś, lecz prosić nie będę…

Pytasz się, co u mnie? Odpowiem, że wszystko w porządku. Nie zadasz kolejnego pytania, ponieważ uwierzyłeś, bo mnie nie znasz… Nie wiesz, że nie lubię się żalić i skaerżyć, a chwalić najczęściej nie mam czym…
Jeżeli na prawdę chcesz wiedzieć, co u mnie, będziesz tu zaglądał, aż pewnego dnia, gdy zapytana, odpowiem, że wszystko ok, zadasz kolejne pytanie…