Nowe szanse…

Witam już w grudniu :)

Nowy dzień, nowy miesiąc, nowe szanse i możliwości… Od pewnego czasu tylko tak chcę patrzyć na życie. W sumie z różnym skutkiem, ale jednak. Jak na razie uparcie trzymam się swoich postanowień i konsekwentnie dążę do celu. Jednak nie jest to łatwe, kiedy los rzuca mi stale kłody pod nogi i perfidnie ze mnie drwi… Jednak niewiele w życiu jest sytuacji bez wyjścia. Nie zawsze też rozwiązania przychodzą natychmiast. Uzbrojona w wytrwałość, cierpliwość i determinację toczę walkę z przeznaczeniem. Nie każda bitwa jest wygrana, ale podnoszę się po każdej porażce, a walczyć przestanę dopiero, gdy moje serce przestanie bić. Nie wywieszę białej flagi, bo walczę nie tylko o swoje dobro. Mam swoje cudowne źródło siły, źródło niekończącej się miłości.

Naucz mnie miłości.

Miłość to takie skomplikowane uczucie- niby piękne, a boli… I jak łatwo pomylić ją z zakochaniem, zauroczeniem czy pożądaniem… Zarówno we własnym odczuciu względem innej osoby jak i w odbiorze uczuć drugiego człowieka. Całe życie się jej uczymy. Jak ją poznać? Jak pielęgnować? Jak zagoić rany po niej? Nie nauczymy się jej z książek i nikt nie da nam recepty na nią, mimo, że są specjaliści, ponieważ każdy przypadek jest inny, tak jak my jesteśmy inni. Możemy dzielić się przeżyciami, porównywać je i zauważać podobieństwo, lecz czuć ją bedziemy indywidualnie i niepowtarzalnie głęboko w sercu, duszy, umyśle i ciele. I właśnie dlatego, że nikt nie wie, czym jest, dopóki jej nie doświadczy tak w pełni, tak łatwo możemy ją pomylić. Właśnie przez te pomyłki związki się rozpadają, ludzie cierpią… Czasami okazuję się, że jej nie doceniamy, kiedy indziej, że przeceniamy. Czasami dostrzegamy pomyłkę wcześniej, a czasem za późno. Lecz z każdego doświadczenia tego bolesnego i tego mniej, wypływa dla nas pewna nauka. Nauka miłości? Nie! Miłość się czuje. Dla każdego z nas to inna lekcja. Może byliśmy zbyt naiwni, za szybcy, zbyt zaborczy. Nie ważne! Każdy z nas popełnia błędy. Potem tylko „korekta”, czasami trochę czasu i tworzymy dalej, od nowa. Aż pewnego dnia poczujemy miłość i nie będziemy próbowali jej się uczyć, rozumieć, tylko czuć. I wtedy po cichutku podziękujemy każdemu, kto w dobry czy zły sposób, przyczynił się do poznania NASZEJ MIŁOŚCI…

Człowiek jest dla człowieka najlepszym lekarstwem…

Dzisiejszy wpis poświęcę kobietce, której mimo młodego wieku, zawdzięczam bardzo wiele. Przypomina mi ona jak być sobą, jak nie zatracić tej młodości ducha, którą chciałabym zatrzymać na zawsze, a nie do końca mi się to udaje.

Zawze twierdziłam, że miłości te pierwsze, młodzieńcze są cudowne i takie prawdziwe, że jest w nich coś magicznego. Zapomniałam, ile czasami cierpienia się z nimi wiąże, kiedy człowiek myśli tylko sercem. Te miłości tylko z perspektywy czasu są piękne i wyidealizowane. Mało tego! Dzięki niej wiem, że później kocha się tak samo. Może z perspektywy czasu, za kilka lat i te miłości będą „magiczne”?

Czasami mam ochotę ją znienawidzić za te wszystkie trafnie zadane pytania, które zmuszają mnie do przyznania się do swoich prawdziwych uczuć przed samą sobą. Przy niej nie mogę udawać, skrywać, oszukiwać… Ale zamiast nienawidzić, kocham ją, bo sdzięki niej, wiem, że czuję, że żyję.

Często przypomina mi siebie samą sprzed lat. I kiedy tak razem rozmawiamy, śmiejemy się czy nawet płaczemy, wtedy mam pewność, że gdzieś tam głęboko nadal jestem sobą, że wciąż wierzę w miłość i we wszystko to, co na ogół nazywam irracjonalnym i wyimaginowanym.

Ona nie traktuje mnie jak starszej koleżanki czy siostry, a ja nie myślę o jej młodym wieku. Nasza przyjaźń to głównie pełne zrozumienie, brak tematów tabu i szczerość do bólu. I jest tak od samego początku. Mam nadzieję, że Bóg pozwoli, by zostało tak na długo, na zawsze, do samego końca, bo taki człowiek to skarb.

Jest niewielu ludzi, którym można powiedzieć wszystko, a jeszcze mniej, którym chcemy wszystko powiedzieć. Jestem szczęśliwa, że mam w swoim życiu takich ludzi i że ona dołączyła do tego grona.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bądźmy dziećmi!!!

Człowiek, po kilku potknięciach i upadkach w końcu zaczyna patrzeć pod nogi. Dlatego niejednokrotnie toniemy w domysłach, czyje intencje są szczere, a czyje nie. Żałuję, że ludzie z wiekiem tracą taką dziecięcą szczerość, niewinność i naiwność (choć naiwność znacznie rzadziej niestety..), bo jakże wtedy życie byłoby łatwiejsze. Żaden człowiek nie jest całe życie do końca szczery, ponieważ wszyscy wiemy, że niektórych zdań po prostu nie wypada wypowiadać. A gdybyśmy byli jak dzieci? Gdybyśmy zawsze byli całkowicie szczerzy i nie znali kłamstwa? Czy ranilibyśmy się częściej, czy wręcz przeciwnie?

Szczerze powiedziawszy, wolałabym chyba tą całkowita szczerość. W obecnych czasach ludzie kłamią zbyt często i to nie tylko po to, by oszczędzić drugiemu człowiekowi bólu. Tak na prawdę nigdy nie możemy być do końca pewni, czy druga osoba jest wobec nas absolutnie w porządku. Wniosek więc nasuwa się jeden: powinniśmy zawsze zachowywać pewien dystans. A ja nie lubie dystansu. Wolę ufać, kochać na 100%. Oczywiście, że mogę, jednak później może bardziej boleć, gdy ktoś jednak zawiedzie… Nie boję się ludzi, nie boję sie ufać, kochać, być szczerą. Boję się cierpieć. Dlatego idę ostrożnie i patrzę pod nogi, by znów się nie potknąć…

 

 

 

Tęsknię…

Im dłużej człowiek jest sam, tym bardziej tęskni. Nawet, gdy się boi. Dziwnie jest pragnąć tego, czego się obawia i jednocześnie bać tego, czego się pragnie. Czy każdy tak ma, czy to tylko moja przypadłość, by komplikować sobie życie? Zdaję sobie sprawę, że tak byłoby mi łatwiej, jednak z nieznanych mi przyczyn odczuwam pustkę. Czegoś mi brak i niestety odczuwam to coraz częściej. Boję się przyznać nawet przed samą sobą, co to takiego, bo wtedy będę tęsknić jeszcze mocniej… Czy ja oszukuję samą siebie? Czy to jest dobre, czy wręcz przeciwnie?

Jakoś tak dziwnie się pogubiłam, choć moje postanowienia miały przynieść odwrotny, bardziej pozytywny skutek. Staram się być twarda, trzymać sie swoich zasad, ale momentami uświadamiam sobie, jak jest mi z nimi źle. Nie wiem czy potrafię i wątpię coraz bardziej. Przy moim postanowieniu trzyma mnie tylko strach przed kolejnym rozczarowaniem. Moje serce jest jak ptak w klatce- z jednej strony chciałoby z niej wyfrunąć, być wolne i szczęśliwe, jednak zdaje sobie sprawę, że ta klatka to schron, w którym jest bezpieczne i nikt go już nie skrzywdzi… Nie jestem szczęśliwa, ale bezpieczna. Mimo wszystko tęsknię.

Czy można mieć pewność absolutną w drugiego człowieka? Czy można komuś ślepo i bezgranicznie zaufać, powierzyć w jego ręce całe swoje życie? Wzrusza mnie widok staruszków idących trzymając się za ręce- nie pod rękę, lecz za rękę, jak przed wieloma latami, gdy byli młodzi. Moje serce wypuszczę z klatki dopiero, gdy będę mieć pewność, że ta druga osoba będzie trzymała moją dłoń do końca życia. Nie wiem nawet, czy to możliwe, ale nie pozwolę znów się zranić. Instynkt…

Moje serce rwie się chwilami, momentami wątpi… Zwątpienie to jedyne, co mnie powstrzymuje, trzyma z dala i nie pozwala działać… A ja tęsknię za miłością, której sie boję i boję sie miłości, której pragnę…