Nowy rok… Nowa ja…

Jestem dopiero dzisiaj, bo musiałam sobie sporo przemyśleć i ułożyć. Patrząc na skutki, szukałam przyczyn. Gdy znalazłam powody obecnej sytuacji, musiałam je przeanalizować, by móc im zaradzić. A na koniec szukałam rozwiązań sytuacji bardziej skomplikowanych.

I takim oto sposobem jestem tu znowu, jednak bardziej stanowcza, asertywna. Mam jakieś tam plany, znowu marzę, ale tym razem dążę do swoich marzeń. Sama poplątałam sobie życie, a teraz uzbrojona w cierpliwość i wiarę we własne siły zaczęłam je rozplątywać. Spokojnie, supełek po supełku, a przede wszystkim pilnuję, żeby nie poplątać czegoś znowu.

W zeszłym roku narobiłam głupot, trochę się pogubiłam, zraniłam kilka osób. Niech to będzie moja nauczka na przyszłość. Każdy popełnia błędy, ja również, ale teraz się do nich przyznaję. Nie naprawię wszystkich, ale nie będę ich powielać. Z czasem sama sobie wybaczę, jednak póki spoczywa na mnie ich ciężar, tym bardziej będę się pilnować.

Najgorzej jest pożegnać się z osobami, miejscami, rzeczami, za którymi będę tęsknić, ale tak będzie lepiej i dla mnie, i dla wszystkich. Najlepiej zrezygnować, gdy bilans wszystkich „za” i „przeciw” wychodzi ujemny. Wszystko zależy od punktu widzenia, a mój się zmienił. Wiem, kim jestem i dokąd zmierzam, czego pragnę i czego już nigdy nie chcę zaznać.

Jest jedna osoba, której chcę podziękować z całego serca za to, że była, wierzyła, ufała. Przeprosić za to, co nie miało prawa się zdarzyć. Ja jednak milczę… Może kiedyś mu to powiem, albo w końcu dam przeczytać to wszystko… Usuwam się nie dlatego, że mi nie zależy. Wręcz przeciwnie. Jest ważny i chcę, żeby było tak, jak on sobie wymarzył.

Rachunek sumienia zrobiony, więc biorę się za siebie i własne życie.

…na maleńkiej stacyjce przyjaźni…

Ostatnia sytuacja uświadomiła mi, że życie często bywa jak podróż. Aby ruszyć z miejsca, najpierw planujemy, wybieramy datę i godzinę, a następnie udajemy się na stację czekając na pociąg. Pociąg, który ma nas zawieźć do miejsca, gdzie chcemy osiągnąć wyznaczone przez nas cele. Wyczekujemy go przepełnieni nadzieją i radością. W głowie wirują nam setki myśli i wizji przyszłości. Wybija godzina odjazdu, a pociąg nie nadjeżdża… Z megafonu rozlega się krótki komunikat, że nasz pociąg ku szczęściu będzie opóźniony. Czasami w życiu tak bywa, że z przyczyn nie zależnych od nas, musimy przełożyć nasze plany, troszkę poczekać, więc czekamy z nadzieją, że za chwilę, lada moment nadejdzie nasz czas. Czekamy podekscytowani, zniecierpliwieni i wciąż pełni zapału i optymizmu. Mijają kolejne minuty opóźnienia, rośnie poirytowanie, że już powinniśmy być w drodze do lepszego jutra. Pocieszamy się myślą, że lepiej późno niż wcale…

Właśnie jestem w takiej sytuacji i boję się, że z megafonu popłynie komunikat, iż z przyczyn technicznych mój pociąg zostanie odwołany, a ja zostanę tu, gdzie jestem i będę musiała pożegnać się z marzeniami… Czekam na opóźniony pociąg ślepo wierząc, że nadjedzie. A jeśli nie? Jeśli zostanie odwołany? Zawsze mogę jechać następnym, ale bardzo zależy mi na tym… Dlaczego? Ponieważ tak sobie zaplanowałam tą podróż. Pojadę właśnie tym pociągiem dokładnie w to miejsce i o tym czasie. Zmienił się czas. Trudno. To tylko jeden czynnik. Jednak, gdy dopuszczam do siebie myśl, że on może nie przyjechać, zastanawiam się czy nie zabrać bagaży i nie wyruszyć w tę podróż pieszo… Wiem, że będzie ciężej, gorzej, smutniej, dłużej, ale prędzej czy później osiągnę swój cel. A przynajmniej tak mi się wydaje. Zrezygnuję z czegoś, może coś dołożę… Jednak w sercu na zawsze pozostanie żal, że ten pociąg nie przyjechał. Zawodzą nie tylko maszyny, ale także ludzie. Nikt nie jest doskonały. Nie wiadomo, co się wydarzy podczas tego opóźnienia…

Chcę w końcu ruszyć z miejsca, nie wybierać tylko krótkich podróży, z których wracam co jakiś czas. Te powroty są bolesną porażką, a ja chce w końcu choć raz wygrac z losem… Jednak jeszcze siedzę na tym peronie i czekam, bo w sercu tli sie nadzieja, że ten wyjątkowy pociąg przyjedzie…