Prawdziwa miłość???

-Czy prawdziwa miłość istnieje?

-Nie!

 

 

Skąd ta moja odpowiedź? Przecież istnieją pary, które są razem przez dziesiątki lat i ich spojrzenia nadal wyrażają głębokie uczucie. Przecież są ludzie, którzy trwają ze sobą mimo choroby, kalectwa, biedy, rozłąki.

Twierdzę, że nie wierzę w miłość, bo to najłatwiejsze i najprostrze wyjaśnienie, dlaczego ja nie mogę jej spotkać, a właściwie nie spotkałam. Na tym etapie mojego życia, nie chciałabym, żeby stanęła na mojej drodze, bo zapewne ominęłabym ją i poszła dalej. Miłośc nie rodzi się z dnia na dzień. W ten sposób można się tylko zakochać. Wiecie… Hormony buzują, poziom endorfin wzrasta. Miłość rodzi się, kiedy wszystkie reakcje chemiczne w naszym organiźmie tracą moc, a my mimo tego nadal chcemy być przy tej drugiej osobie, troszczyć się o nią, rozmawiać, budzić się przy niej. Gdzieś w głebi duszy tęsknie za takim uczuciem, jednak najczęściej oznacza to stan zakochania, którego się obawiam. Boję się, że gdy hormony się uspokają, znów nic nie zostanie, prócz jeszcze większej tęsknoty. Wiem, że może wiele tracę, jednak mam poczucie pewnej stabilności emocjonalnej, która na dzień dzisiejszy w zupełności mi wystarcza.

Przez takie moje podejście wielu ludzi widzi we mnie taką królową śniegu z sercem z kamienia, której nie da się zranić, która myśli tylko rozumem. Nie wiedzą jak wrażliwe jest jednak moje serce. Nauczyłam się skrywać uczucia, ponieważ każde może zostać wykorzystane przeciwko mnie. Płaczę najczęściej w samotności, a nadmiar emocji wylewam tutaj. Poniekąd dobrze mi w moim pancerzu i na razie nie chcę z niego wychodzić, dlatego będę trzymać się nadal wersji, że prawdziwa miłość nie istnieje.

Tęsknię…

Im dłużej człowiek jest sam, tym bardziej tęskni. Nawet, gdy się boi. Dziwnie jest pragnąć tego, czego się obawia i jednocześnie bać tego, czego się pragnie. Czy każdy tak ma, czy to tylko moja przypadłość, by komplikować sobie życie? Zdaję sobie sprawę, że tak byłoby mi łatwiej, jednak z nieznanych mi przyczyn odczuwam pustkę. Czegoś mi brak i niestety odczuwam to coraz częściej. Boję się przyznać nawet przed samą sobą, co to takiego, bo wtedy będę tęsknić jeszcze mocniej… Czy ja oszukuję samą siebie? Czy to jest dobre, czy wręcz przeciwnie?

Jakoś tak dziwnie się pogubiłam, choć moje postanowienia miały przynieść odwrotny, bardziej pozytywny skutek. Staram się być twarda, trzymać sie swoich zasad, ale momentami uświadamiam sobie, jak jest mi z nimi źle. Nie wiem czy potrafię i wątpię coraz bardziej. Przy moim postanowieniu trzyma mnie tylko strach przed kolejnym rozczarowaniem. Moje serce jest jak ptak w klatce- z jednej strony chciałoby z niej wyfrunąć, być wolne i szczęśliwe, jednak zdaje sobie sprawę, że ta klatka to schron, w którym jest bezpieczne i nikt go już nie skrzywdzi… Nie jestem szczęśliwa, ale bezpieczna. Mimo wszystko tęsknię.

Czy można mieć pewność absolutną w drugiego człowieka? Czy można komuś ślepo i bezgranicznie zaufać, powierzyć w jego ręce całe swoje życie? Wzrusza mnie widok staruszków idących trzymając się za ręce- nie pod rękę, lecz za rękę, jak przed wieloma latami, gdy byli młodzi. Moje serce wypuszczę z klatki dopiero, gdy będę mieć pewność, że ta druga osoba będzie trzymała moją dłoń do końca życia. Nie wiem nawet, czy to możliwe, ale nie pozwolę znów się zranić. Instynkt…

Moje serce rwie się chwilami, momentami wątpi… Zwątpienie to jedyne, co mnie powstrzymuje, trzyma z dala i nie pozwala działać… A ja tęsknię za miłością, której sie boję i boję sie miłości, której pragnę…