Kiedyś będę…

Udawanie oziębłej wychodzi mi tak dobrze, że kiedy przestaję udawać i mówię prawdę, jest to brane jako żart… Takie to zabawne, że ja mogę mieć głębsze uczucia. Sama w końcu tego chciałam. Dopiero teraz widzę, że osiągnęłam swój cel, jednak jakoś nie mam ochoty być z niego dumna. Chcąc, nie chcąc, muszę kontynuować grę pozorów, tylko tym razem bez cienia słabości. A pewnego dnia wyjadę gdzieś daleko, gdzie nikt mnie nie zna i nic nie będę musiała. Będę mieć swoje marzenia, słabości, radości. I nic nie będę ukrywać.
Kiedyś, gdzieś przeczytałam, że starzejemy się w chwili, gdy nasze żale zajmują miejsce naszych marzeń. Patrząc z tej perspektywy, mogę się porównać do najstarszych górali. Zanim dobiję trzydziestki, zajmę miejsce w muzeum prehistorii tuż obok mamutów. Czas chyba to zmienić. Chwileczkę… O czym to ja marzyłam? Znów przesadzam. Wiem doskonale czego pragnę od dawna. No i wyję… Mięczak ze mnie. Nie chodzi o to, że te marzenia są tak odległe. Ja się ich boję. Nie, nie samych marzeń, a działań, które musiałabym podjąć, ryzyka z nimi związanego, kolejnego rozczarowania (nie dość, że mięczak, to na dodatek tchórz). No i gdzie w tym momencie jest ta silna kobieta, ta zimna suka (przepraszam za wyrażenie, ale bardzo spodobało się mi ono)??? Nie ma. To tylko wyimaginowana postać, której zadaniem jest odsunięcie ode mnie każdego i wszystkich. Wiecie, jak ciężko jest udawać zimną, mając w sobie tyle ciepła? Nie? To ja Wam powiem. Cholernie ciężko. Powstrzymywać tyle słów. tyle gestów. Jeszcze trochę, a będę mogła zasilić średniej wielkości elektrownię. Na szczęście mam dwóch mężczyzn mojego życia i tylko dzięki nim nie eksplodowałam jeszcze.
Kolejna internetowa mądrość, która przypadłą mi do gustu: życie daje nam nie to, czego chcemy, tylko to, co dla nas ma… Daje, pożycza, wypożycza, wymienia. Jakby nie było, niektóre rzeczy mogę oddać już, teraz natychmiast. A poważnie, nie potrafię się ze wszystkich cieszyć, nie zawsze umiem je wykorzystać. Ogólnie mało co ostatnio potrafię. Najlepiej wychodzi mi siedzenie i płakanie. Aj… Wróć! Potrafię bardzo wiele, tylko nie umiem lub nie chcę się za to zabrać.
I tym sposobem w końcu doszłam do konkretnych wniosków.
Aaa… Jeszcze coś chciałam dziś napisać. Otóż, nie wiem, czy już wspominałam, ale nienawidzę kłamstwa. Kłamstwa, oszustwa, ukrywania. Nawet zimne suki bywają tolerancyjne, gdy mówi się im prawdę. Kłamstwo wybaczę, ale nie zapomnę. Będzie tkwiło jak drzazga w sercu, przypominając, żeby nie ufać.

Byle przetrwać…

Nie było mnie prawie rok… Rok pełen zmian, nowych doświadczeń, złych i dobrych momentów. Przez ten czas drugi raz w całym swoim życiu poczułam pełnię szczęścia. Dwa moje największe szczęścia, bez których by mnie nie było… I co w związku z tym? Hm… Znów siedzę przed monitorem z poczuciem, że cały świat z hukiem runął mi na barki, a łzy rozmazują słowa, które muszę z siebie wyrzucić. Chyba już spadłam na samo dno i nie mam sił, by się od niego odbić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak żałośnie. Heh… Blogi są po to, by je ktoś czytał, a ja na ironię piszę o swoich problemach, które i tak niewielu obchodzą. Jednak takiego bloga łatwiej ukryć niż zeszyt pełen własnych uczuć. Nie potrafię obarczyć kogoś moimi problemami, więc zakładam maskę i gram. Każdego dnia. Udaję, a w środku wszystko we mnie boleśnie płacze. Dlaczego? Stchórzyłam… Los postawił mnie przed ciężkim wyborem. Wybrałam jedno, choć wiedziałam jak będzie. Wybrałam to, bo bałam się nowości. Bałam się, że sobie nie poradzę, nie odnajdę się w nowej sytuacji… Zapomniałam wtedy o życiowej prawdzie, mówiącej „licz na siebie”. Uwierzyłam, że będzie inaczej, lepiej… Niczego się nie nauczyłam przez całe życie. Wiem, że muszę to zmienić. Wiem, że muszę zacząć żyć, nie egzystować, lecz spaliłam wszystkie mosty. Zburzyłam fundament, który udało mi się wybudować. Szukam jakiegoś punktu zaczepienia, ale ostrożniej, rozważniej. Przepełnia mnie milion obaw, które tłamszą marzenia. Wszystko odkładam na „później”. Siebie odkładam na „później”, żeby nie skrzywdzić przypadkiem tych istot, które kocham. Mam nadzieję, że dzięki temu, iż będę mogła tu oczyścić duszę i umysł, jakoś wszystkiemu podołam…

Nowy rok… Nowa ja…

Jestem dopiero dzisiaj, bo musiałam sobie sporo przemyśleć i ułożyć. Patrząc na skutki, szukałam przyczyn. Gdy znalazłam powody obecnej sytuacji, musiałam je przeanalizować, by móc im zaradzić. A na koniec szukałam rozwiązań sytuacji bardziej skomplikowanych.

I takim oto sposobem jestem tu znowu, jednak bardziej stanowcza, asertywna. Mam jakieś tam plany, znowu marzę, ale tym razem dążę do swoich marzeń. Sama poplątałam sobie życie, a teraz uzbrojona w cierpliwość i wiarę we własne siły zaczęłam je rozplątywać. Spokojnie, supełek po supełku, a przede wszystkim pilnuję, żeby nie poplątać czegoś znowu.

W zeszłym roku narobiłam głupot, trochę się pogubiłam, zraniłam kilka osób. Niech to będzie moja nauczka na przyszłość. Każdy popełnia błędy, ja również, ale teraz się do nich przyznaję. Nie naprawię wszystkich, ale nie będę ich powielać. Z czasem sama sobie wybaczę, jednak póki spoczywa na mnie ich ciężar, tym bardziej będę się pilnować.

Najgorzej jest pożegnać się z osobami, miejscami, rzeczami, za którymi będę tęsknić, ale tak będzie lepiej i dla mnie, i dla wszystkich. Najlepiej zrezygnować, gdy bilans wszystkich „za” i „przeciw” wychodzi ujemny. Wszystko zależy od punktu widzenia, a mój się zmienił. Wiem, kim jestem i dokąd zmierzam, czego pragnę i czego już nigdy nie chcę zaznać.

Jest jedna osoba, której chcę podziękować z całego serca za to, że była, wierzyła, ufała. Przeprosić za to, co nie miało prawa się zdarzyć. Ja jednak milczę… Może kiedyś mu to powiem, albo w końcu dam przeczytać to wszystko… Usuwam się nie dlatego, że mi nie zależy. Wręcz przeciwnie. Jest ważny i chcę, żeby było tak, jak on sobie wymarzył.

Rachunek sumienia zrobiony, więc biorę się za siebie i własne życie.