Tak z serca…

Ze strachu przed zranieniem, sami ranimy…

Chciałabym móc powiedzieć „Ej, wiesz, kocham Cię, ale się boję, że nie wyjdzie, że będzie bolało”. Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, żeby spróbować, żeby pokochać i zaufać. Zamiast tego udaję niezależną, silną. Ech… A czasami brak mi zwykłego przytulenia i żeby ktoś powiedział „Damy radę”. Zamiast tego szczelnie otulam się kołdrą i powtarzam sobie, że dam radę, a łzy strumieniami spływają po policzkach. Tu nawet nie chodzi o to, że zmarnuję czas, że zatoczę koło, by znaleźć się w tym samym miejscu. Od zawsze kieruje mną, jak ktoś to ładnie ujął, „strach przed odrzuceniem”. Dlatego boję się otworzyć, mówić o uczuciach czy nawet prosić o pomoc. Sama siebie już na starcie stawiam na pozycji przegranej. Z miejsca zakładam porażkę i poddaję się, wycofuję. Nie umiem walczyć o swoje. Nie umiem podjąć decyzji. Zawsze pozostawiam ją komuś. Milczę, choć czasami chciałabym tyle powiedzieć. Stałam się mistrzynią udawania. Udaję, że nie czuję, nie potrzebuję, że wszystko jest w porządku. Cały czas powtarzam sobie „kiedyś”. Ale zanim nadejdzie to „kiedyś” zmarnuję wiele szans, które już nie powrócą. Ja to wiem doskonale, jednak strach wygrywa nawet z rozumem. Wobec ilu ludzi choćby w tym momencie jestem nie fair, nawet ja sama nie policzę. Kiedyś… Kiedyś to ja pożałuję swoich decyzji z teraz. I nie umiem temu zapobiec. Nie umiem, choć bardzo bym chciała.

Dawno, nawet tutaj, nie padło tyle szczerych słów prosto z serca. Ale może ten wpis, słowa, które z siebie wyrzuciłam, uświadomią mi rozmiar błędu. Może jak przeczytam, dotrze do mnie jak żałosną istotą jestem i ambitnie postaram się to zmienić. A jeśli nie? Dalej będę żyła w swoim świecie, pisała smętne teksty na blogu i raniła ludzi, na których mi zależy…

Łzy…

Moje łzy to jedyny sposób na ulgę w bezsilności, bezradności i zagubieniu. Dzięki nim jeszcze nie zwariowałam. Kiedy miliony myśli tłucze się w głowie i nie ma się nimi z kim podzielić, najlepiej je wypłakać, ponieważ ich nadmiar może zaszkodzić. Płaczę, gdy jest mi źle, gdy czuję się samotna, gdy pomyślę, jak zmarnowałam swoje życie… Płaczę z tęsknoty za lepszym jutrem. W sumie płacze ta część mnie, której dawno nie pokazywałam światu. Tylko wtedy jestem sobą, bez żadnej maski.
Chciałbym doczekać dnia, kiedy znikną łzy, a pojawi się szczery, niewymuszony uśmiech i zostanie na długo… Może nawet na zawsze.

Dawno mnie nie było…

Tytuł odnosi sie nie tyle do mojej obecności na blogu, co do mojego życia… Uświadomiłam sobie ostatnio, że nie jestem sobą taką, jaką byłam jeszcze kilka lat temu. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że nie jest mi wcale z tym dobrze. Próbowałam dotrzeć do tego, kiedy i jak sie to stało, jednak bezskutecznie. Nie wiem, gdzie się podziałam, ale pragnę się odnaleźć. Wiem, że w środku siedzi ta wesoła, zaradna i szalona dziewczyna. Wiem, bo momentami sie odzywa, ale zwykła szara rzeczywistość ją tłamsi. Chcę znów być sobą, bo wtedy  życie będzie piękniejsze. Muszę wszystko ułożyć tak, że gdy znów ktoś rzuci jakimś irracjonalnym pomysłem, ja będę mogła powiedzieć tak! Chcę pozbyć się z serca tej tęsknoty za czymś bliżej nieokreślonym, chcę przestać bać się ludzi i przywiązywania do nich. Teraz mogłabym się porównać do zaszczutego zwierzęcia i jest mi przez to strasznie wstyd… Wstydzę się tego, kim się stałam.

A… W ostatnim czasie dotarło też do mnie, że nie umiem prosić. Nie potrafię poprosić nawet o pomoc, rozmowę, co jest bezsensowne, biorąc pod uwagę fakt, że sama nie potrafię odmówić tej pomocy. Wysłucham, porozmawiam, doradzę, pomogę, a sama wszystko w sobie duszę albo wylewam swe żale tutaj. Moją wadą było to, że za szybko przywiązywałam się do ludzi i obdarzałam ich zaufaniem. Teraz staram się tego nie robić. Nie jestem jakoś specjalnie odpychająca, ale w pewnym stopniu i nie wykazuję zainteresowania drugim człowiekiem, chociaż w środku wszystko krzyczy, że powinnam. Nadmierna ostrożność… A wszystko to sprawia, że ludzie, którzy może są mi przychylni tak naprawdę, którzy może akurat są szczerzy, odsuwają się ode mnie, myśląc, że są niepotrzebni. I moja bliżej nieokreślona tęsknota przybiera na sile.

Może jednak warto wyciągnąć rękę jako pierwsza? Ale nie chcę się narzucać. Przez sytuację, w jakiej się znajduję, ludziom po prostu czasami może brknąć cierpliwości, a ja nie chcę jej im dodatkowo nadwyrężać. Dlatego czekam w tym okropnym poczuciu pustki i samotności aż ktoś sobie o mnie przypomni.

Wiem, że muszę zrobić coś, zmienić, ale wszystko jakby się sprzysięgło przeciwko mnie, a czasami po prostu brakuje sił do walki. Nie pogodzę się z rzeczywistością, ale brak mi pewności, że dam radę ją zmienić…