Tylko w moim świecie…

Mam mały wielki problem… Uświadomiłam sobie, jak bardzo odizolowałam się od ludzi. Zamknęłam się w swoim małym świecie. Nawet wiem dlaczego i to jest właśnie ten problem. Ja się zwyczajnie boję ludzi… Boję się, nie lubię ich. Sama skazuję się na samotność, która tak mi przeszkadza, tak boli… Przez całe życie doświadczyłam zbyt wiele krzywd i rozczarowań. To chyba tego boję się najbardziej i dlatego nie lubię ludzi, choć jednocześnie tęsknię za ich towarzystwem. Odsuwam od siebie każdego, by się nie przywiązać i nie cierpieć, gdy ten ktoś odchodzi. Czasami chciałabym wyjść z tej mojej skorupy, nawet coś robię w tym kierunku i nagle BAM! Po raz kolejny dostaję po głowie.
Wyobrażam sobie moją przyszłość. Rozmawiam z komputerem, piję z własnym odbiciem w lustrze, śpię z pluszowym misiem i sypiam z wibratorem. Przerażająca wizja. Nie chcę tak. I kiedy biorę się w garść, by naprawić swoją przyszłość, wydarzy się coś, co skutecznie niszczy moją siłę i optymizm, a wizja przyszłości staje się mniej przerażająca. Nie mam ochoty ufać ludziom, nie mam ochoty się przed nimi otwierać, nawet gadać mi się z nimi nie chce. Zamykam swój mały świat na klucz. Przeżyję dzięki osobom, które już w nim są. Reszcie mówię „Dziękuję. Do widzenia”. I niech już tak zostanie. Nie chcę się już przyzwyczajać, przywiązywać. Już nigdy nie zrobię z siebie idiotki. Wiem, że ja też pewnie zawiodłam wielu ludzi. Tego też chcę uniknąć. Samotność ma też swoją mniej bolesną wersję, bo najgorzej jest być samotnym wśród ludzi.