Najmocniej…

Za dużo mnie tu ostatnio, ale dzisiaj Was zaskoczę. Wpis będzie POZYTYWNY. Nie ważne, że zgubiłam klucze od domu i pewnie będzie prelekcja i wydatek. Stało się, a świat nadal trwa. Właśnie z takim dystansem powinnam traktować więcej sytuacji.
Wzięłam się trochę w garść, jakiś tam plan powstaje w mojej głowie i nie zawracam sobie jej za bardzo mniej istotnymi aspektami. Dzisiaj się skupię na ludziach, rzeczach i wydarzeniach, które dodają mi sił.
To nie jest tak, że jestem całkowicie osamotniona. Tak bardzo skupiłam się na sobie i nieszczęściu, że nie zwracałam uwagi na tych, którzy są i trwają przy mnie, pomimo wszystkich moich wad.
W pierwszej kolejności są Ci, za których życie oddam- moje dwa roztrzepane chłopaki. Małe łapki oplecione wokół szyi, głośne piski radości, maleńki wolny skrawek łóżka… Tu czuję się potrzebna, kochana i spełniona. Pierwszy ząbek, pierwszy krok, pierwsza samodzielnie przygotowana kanapka, kolejna świeczka na torcie- moje największe powody do dumy. Największy skarb, najprawdziwsza miłość.
Mam też przyjaciół. Pytanie: jak ktoś może ze mną wytrzymać? Jak widać może. Obecnie przyjaźń dla mnie to nie tylko szczerość i zaufanie. Przyjaźń to też bezinteresowność, taki bezpieczniejszy rodzaj miłości, bo kocham moich przyjaciół. Ich grono to taka moja druga rodzina. Nieważne, jak daleko są, bo w dzisiejszych czasach odległość nie ma większego znaczenia. Bez większych problemów możemy sobie przesłać wsparcie, wiarę i dodać sił, będąc nawet na innym kontynencie.
Bardzo późny wieczór, dzwoni przyjaciel. Pierwsza myśl, coś się stało, bo godzina. Tak, stało się- stęsknił się i dzwonił, by mi to powiedzieć, zapytać, co u mnie. Tak szczerze i bezinteresownie. Takie sytuacje odbudowują wiarę. Wiarę w siebie i w drugiego człowieka. Każda osoba z tej garstki ludzi, dla których jestem ważna, potrafi wywołać uśmiech, czegoś mnie uczy, wiele mi daje. Nie interesuje ich kim jestem, jaka jestem, ale to że po prostu jestem. Nieważne, że robię coś, co im się nie podoba, bo i tak będą mnie kochać. To są ich słowa. Słowa moich cichych aniołów, dzięki którym mam siłę wstawać i walczyć. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna. Dziękuję, że jesteś.

Kiedyś będę…

Udawanie oziębłej wychodzi mi tak dobrze, że kiedy przestaję udawać i mówię prawdę, jest to brane jako żart… Takie to zabawne, że ja mogę mieć głębsze uczucia. Sama w końcu tego chciałam. Dopiero teraz widzę, że osiągnęłam swój cel, jednak jakoś nie mam ochoty być z niego dumna. Chcąc, nie chcąc, muszę kontynuować grę pozorów, tylko tym razem bez cienia słabości. A pewnego dnia wyjadę gdzieś daleko, gdzie nikt mnie nie zna i nic nie będę musiała. Będę mieć swoje marzenia, słabości, radości. I nic nie będę ukrywać.
Kiedyś, gdzieś przeczytałam, że starzejemy się w chwili, gdy nasze żale zajmują miejsce naszych marzeń. Patrząc z tej perspektywy, mogę się porównać do najstarszych górali. Zanim dobiję trzydziestki, zajmę miejsce w muzeum prehistorii tuż obok mamutów. Czas chyba to zmienić. Chwileczkę… O czym to ja marzyłam? Znów przesadzam. Wiem doskonale czego pragnę od dawna. No i wyję… Mięczak ze mnie. Nie chodzi o to, że te marzenia są tak odległe. Ja się ich boję. Nie, nie samych marzeń, a działań, które musiałabym podjąć, ryzyka z nimi związanego, kolejnego rozczarowania (nie dość, że mięczak, to na dodatek tchórz). No i gdzie w tym momencie jest ta silna kobieta, ta zimna suka (przepraszam za wyrażenie, ale bardzo spodobało się mi ono)??? Nie ma. To tylko wyimaginowana postać, której zadaniem jest odsunięcie ode mnie każdego i wszystkich. Wiecie, jak ciężko jest udawać zimną, mając w sobie tyle ciepła? Nie? To ja Wam powiem. Cholernie ciężko. Powstrzymywać tyle słów. tyle gestów. Jeszcze trochę, a będę mogła zasilić średniej wielkości elektrownię. Na szczęście mam dwóch mężczyzn mojego życia i tylko dzięki nim nie eksplodowałam jeszcze.
Kolejna internetowa mądrość, która przypadłą mi do gustu: życie daje nam nie to, czego chcemy, tylko to, co dla nas ma… Daje, pożycza, wypożycza, wymienia. Jakby nie było, niektóre rzeczy mogę oddać już, teraz natychmiast. A poważnie, nie potrafię się ze wszystkich cieszyć, nie zawsze umiem je wykorzystać. Ogólnie mało co ostatnio potrafię. Najlepiej wychodzi mi siedzenie i płakanie. Aj… Wróć! Potrafię bardzo wiele, tylko nie umiem lub nie chcę się za to zabrać.
I tym sposobem w końcu doszłam do konkretnych wniosków.
Aaa… Jeszcze coś chciałam dziś napisać. Otóż, nie wiem, czy już wspominałam, ale nienawidzę kłamstwa. Kłamstwa, oszustwa, ukrywania. Nawet zimne suki bywają tolerancyjne, gdy mówi się im prawdę. Kłamstwo wybaczę, ale nie zapomnę. Będzie tkwiło jak drzazga w sercu, przypominając, żeby nie ufać.

Nic już nie mów…

W dzisiejszych czasach słowa są nic nie warte… Ludzie plotą trzy po trzy jedynie dla swoich korzyści. Niestety, szczerość umiera, a prawda wraz z nią. Żyjemy z zakłamanym świecie pełnym fałszu i obłudy. Nawet kiedy bardzo byśmy chcieli, boimy się zaufać, uwierzyć. Każde nieprawdziwe słowo, złamana obietnica zostawia bolesne znamię na naszym sercu. Szczerość nie jest już wartością cenioną, pierwszorzędną. Ludzie się jej boją, a osoby za swoją szczerość są odtrącane, negowane… To nie świat jest zły, okrutny, tylko my, dając pozwolenie na tego typu praktyki. Jednak jednostka nie jest w stanie walczyć z całym światem, dlatego otacza się garstką ludzi podobnych do niej, a resztę też oszukuje- dla korzyści, bo tak łatwiej, wygodniej. Które słowa bardziej bolą? Szczerość czy kłamstwo? Coraz częściej okazuje się, że stajemy się wrogami przez te prawdziwe słowa, przez mówienie tego, co myślimy. Ludzie zatracają się w egoizmie, uwielbieniu siebie, raniąc osoby, które chcą być „w porządku” wobec nich, albo te , które cierpią z powodu braku prawdy.

Słowa… Czym są? Tylko słowami. Dzisiaj „kocham cię” jest równoważne z „piękną mamy pogodę”. Podobnie jak proste wyrażenie „przepraszam”. Przeprosić można kiedy przypadkiem szturchniemy kogoś, albo gdy chcemy, żeby ktoś zrobił nam kawałek miejsca, ale żeby złamać komuś serce, a jego duszę pognieść jak kartkę papieru i wyrzucić do kosza i później przepraszać?!

A teraz odrobina prywaty ;) Od dziś ufam tylko tym, którzy nigdy nie zawiedli, a będę szczera (bez pardonu) wobec wszystkich. To też tylko słowa, ale tutaj są przelewane prosto z bolącego serca…

Kłamstwo!

Jedyne czego naprawdę i zawsze w życiu nienawidzę to kłamstwo… Wydaje mi się, że jestem na tyle wyrozumiała i tolerancyjna, że nie trzeba robić ze mnie naiwnej idiotki. Staram się być zawsze szczera i tego oczekuję od innych. Kłamstwo i oszustwo są oznaką braku szacunku, szczerości i zaufania względem drugiej osoby. Kiedy chociaż raz ktoś mnie okłamie, nawet w błahej sprawie, zaczynam się zastanawiać… Analizuję każde zdanie i sytuacje sprzed kłamstwa, doszukuję się innych, zaczynam wątpić we wszystko, także w intencje. A najgorsze jest to, że zaczynam żałować tych wszystkich szczerych słów, bo czy kłamca sobie na nie zasłużył? Kłamstwo odizolowało ode mnie wielu ludzi. Nawet to najmniejsze, ponieważ bez względu na jego rozmiar, wywołuje we mnie automatycznie reakcję obronną. Nie chcę bardziej cierpieć za jakiś czas. Nie lubię uważać na to, co mówię i robię, ale czasami muszę. Kocham ludzi, przy których jestem w pełni sobą, a tych niestety jest coraz mniej…

W poszukiwaniu siebie… cz. I

Zawsze byłam zbyt ufna w stosunku do ludzi, szybko się przywiązywałam i wierzyłam, że w każdym człowieku jest coś dobrego. W ostatnich miesiącach próbowałam to zmienić, nabrać dystansu, podejrzliwości (z różnym skutkiem), bo za wiele razy poczułam zawód, rozczarowanie, a czasami bardzo cierpiałam. Do tej pory widziałam tylko takie skutki mojego naiwnego zachowania. Dzisiaj przyznaję się do błędu. Nie każdy wykorzystał tą moją ufność. Kilka osób odwdzięczyło się tym samym. Tak się rodzi przyjaźń. Wiem, że warto cierpieć nawet przez setki ludzi tylko po to, by między nimi znaleźdź choć jedną pokrewną duszę.

Przypomniała mi o tym pewna osoba, która ma naprawdę paskudny charakter. Mimo to zawsze w niego wierzyłam i wykazywałam maksimum zrozumienia. Dzisiaj z czystym sumieniem mogę nazwać go przyjacielem, bo i on wierzy we mnie. Nie musimy rozmawiać codziennie. Czasami mijały mesiące ciszy, lecz gdy któreś z nas ma problem, zawsze możemy na siebie liczyć. Nie zawsze musi to być pomoc w rozwiązaniu sytuacji czy dobra rada. Uwielbiam go za to, że nawet gdy do oczu cisną mi się łzy, on wie jak mnie rozbawić lub doprowadzić do porządku. Nie raz przywrócił mi wiarę w siebie i własne siły. Mój kochany „młodszy braciszek”…

Wiem, że muszę być rozsądniejsza, ostrożniejsza w ocenach, ale nie przestanę wierzyć w ludzi. Nawet, gdy ich setki mnie zawiodą, mam tą garstkę, która zawsze przywróci ciepło w moim sercu.

Człowiek jest dla człowieka najlepszym lekarstwem…

Dzisiejszy wpis poświęcę kobietce, której mimo młodego wieku, zawdzięczam bardzo wiele. Przypomina mi ona jak być sobą, jak nie zatracić tej młodości ducha, którą chciałabym zatrzymać na zawsze, a nie do końca mi się to udaje.

Zawze twierdziłam, że miłości te pierwsze, młodzieńcze są cudowne i takie prawdziwe, że jest w nich coś magicznego. Zapomniałam, ile czasami cierpienia się z nimi wiąże, kiedy człowiek myśli tylko sercem. Te miłości tylko z perspektywy czasu są piękne i wyidealizowane. Mało tego! Dzięki niej wiem, że później kocha się tak samo. Może z perspektywy czasu, za kilka lat i te miłości będą „magiczne”?

Czasami mam ochotę ją znienawidzić za te wszystkie trafnie zadane pytania, które zmuszają mnie do przyznania się do swoich prawdziwych uczuć przed samą sobą. Przy niej nie mogę udawać, skrywać, oszukiwać… Ale zamiast nienawidzić, kocham ją, bo sdzięki niej, wiem, że czuję, że żyję.

Często przypomina mi siebie samą sprzed lat. I kiedy tak razem rozmawiamy, śmiejemy się czy nawet płaczemy, wtedy mam pewność, że gdzieś tam głęboko nadal jestem sobą, że wciąż wierzę w miłość i we wszystko to, co na ogół nazywam irracjonalnym i wyimaginowanym.

Ona nie traktuje mnie jak starszej koleżanki czy siostry, a ja nie myślę o jej młodym wieku. Nasza przyjaźń to głównie pełne zrozumienie, brak tematów tabu i szczerość do bólu. I jest tak od samego początku. Mam nadzieję, że Bóg pozwoli, by zostało tak na długo, na zawsze, do samego końca, bo taki człowiek to skarb.

Jest niewielu ludzi, którym można powiedzieć wszystko, a jeszcze mniej, którym chcemy wszystko powiedzieć. Jestem szczęśliwa, że mam w swoim życiu takich ludzi i że ona dołączyła do tego grona.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bądźmy dziećmi!!!

Człowiek, po kilku potknięciach i upadkach w końcu zaczyna patrzeć pod nogi. Dlatego niejednokrotnie toniemy w domysłach, czyje intencje są szczere, a czyje nie. Żałuję, że ludzie z wiekiem tracą taką dziecięcą szczerość, niewinność i naiwność (choć naiwność znacznie rzadziej niestety..), bo jakże wtedy życie byłoby łatwiejsze. Żaden człowiek nie jest całe życie do końca szczery, ponieważ wszyscy wiemy, że niektórych zdań po prostu nie wypada wypowiadać. A gdybyśmy byli jak dzieci? Gdybyśmy zawsze byli całkowicie szczerzy i nie znali kłamstwa? Czy ranilibyśmy się częściej, czy wręcz przeciwnie?

Szczerze powiedziawszy, wolałabym chyba tą całkowita szczerość. W obecnych czasach ludzie kłamią zbyt często i to nie tylko po to, by oszczędzić drugiemu człowiekowi bólu. Tak na prawdę nigdy nie możemy być do końca pewni, czy druga osoba jest wobec nas absolutnie w porządku. Wniosek więc nasuwa się jeden: powinniśmy zawsze zachowywać pewien dystans. A ja nie lubie dystansu. Wolę ufać, kochać na 100%. Oczywiście, że mogę, jednak później może bardziej boleć, gdy ktoś jednak zawiedzie… Nie boję się ludzi, nie boję sie ufać, kochać, być szczerą. Boję się cierpieć. Dlatego idę ostrożnie i patrzę pod nogi, by znów się nie potknąć…

 

 

 

Przyjaciele są jak ciche anioły…

Najwięcej radości sprawia mi myśl, że są w moim życiu ludzie, którzy będą na zawsze. Ta pewność wywołuje na mojej twarzy mimowolny uśmiech. Skąd taka pewność u osoby, którą już nie raz opuściły bliskie dla niej osoby? Hm… Przez lata  bolesnych doświadczeń nauczyłam się, kogo tak na prawdę warto cenić. To Ci, którzy uzyskując odpowiedź na „co u Ciebie?”, nadal kontynują rozmowę- beztrosko, jakbyśmy się widzieli tydzień wcześniej, a w rzeczywistości minęły lata. To Ci, którzy  cieszą się wraz ze mną i przytulą, gdy jest mi źle. Oni przy mnie nie uważają na słowa, lecz mówią dosłownie to, co myślą, a ich intencje są zawsze oczywiste. Gdy mówią „jesteś głupia” to w takim kontekście, który mnie motywuje, a nie poniża. Dlaczego? Ponieważ mnie znają. Wiedzą, że szczerość cenię najbardziej i jestem ambitna, więc udowodnię, iż wcale głupia nie jestem. Uwielbiam ich za tą zdolność do rozśmieszania mnie nawet przez łzy. Wiedzą, że czasami nie chcąc robić im problemu, powiem nie, ale oni nie odpuszczą, gdy chodzi o moje dobro. Są przy mnie nawet, gdy odległość miedzy nami to wiele kilometrów. Są przy mnie nawet wtedy, gdy nie rozmawiamy tygodniami. Takie ciche anioły, które zawsze wiedzą, kiedy ich potrzebuję. I zjawiają się… Jednak to działa w dwie strony. Ja też czuwam nad nimi. Martwię się, gdy za długo trwa cisza, cieszę się ich szczęściem, staram się pocieszyć, gdy im źle. Przed nimi otworzyłam swoje serce, bo wiem, że nie narobią w nim bałaganu, że nic z niego nie ukradną. I jestem szczęśliwa, bo i ja mam wstęp do ich serc. Tak, bo każda osoba, która się przede mną otwiera, jest dla mnie powodem do dumy. Mieć czyjąś bezgraniczną szczerość i zaufanie- bezcenne. Dlatego nie złoszczę się, kiedy któreś z nich obudzi mnie w środku nocy, albo przez nich przypalę obiad, bo każdą noc można odespać, obiad zrobić drugi, a utrata przyjaciela jest nieodwracalna…

Czytając wcześniejsze wpisy, widzę jaka głupia byłam. Są ludzie nie warci zaufania, czy nawet poświęcenia im choć chwili czasu. Jednak są też przyjaciele, których omal nie zawiodłam, nie straciłam przez własne ego. Jak dobrze, że oni mnie tak znają, że mają do mnie tyle cierpliwości. Kocham ich.